Gazeta Stonoga

Tajemnice Sumlińskiego

Wojciech Sumliński – winny czy ofiara?

Według naszych informatorów 10 marca 2006 roku Wojciech Sumliński z
Przemysławem Tomaszewskim , wówczas dyrektorem Casinoss Poland w
warszawskim hotelu “Hayat”  chcieli dotrzeć do Przemysława
Gosiewskiego.  Chodziło o propozycje zmian w ustawie hazardowej,
opracowane przez polityków “starego garnituru” SLD – twierdzą nasi
informatorzy.

Ich zdaniem Sumliński i Tomaszewski chcieli zainteresować tymi
propozycjami PiS. – Czy rozmawiali osobiście z Gosiewskim i czy
skorzystał z tych właśnie propozycji zmian w ustawie, nie wiem. Ale
według naszych informacji, przy tej ustawie kręcili się wówczas m.in.
były skarbnik lewicy, Jan Huszcza i Jan Oczkowski, były szef Biura
Spraw Wewnętrznych WSI – mówi nasz informator.

70 tys. zł dla Giertycha?

W grudniu miną cztery lata odkąd wszczęto śledztwo w sprawie  płatnej
protekcji dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i byłego oficera WSW i
WSI płk Aleksandra L. Obu postawiono zarzuty, jednak dotąd
prokuratorzy nie postawili ich w stan oskarżenia. Sumliński w oczach
opinii publicznej stał się ofiarą spisku prokuratury i ABW. Czy
rzeczywiście jest ofiarą nagonki? Według prokuratury płk L. i
Sumliński proponowali oficerom WSI pozytywną weryfikację za łapówkę. A
biznesmenom, których nazwiska miały pojawić się w aneksie do raportu z
weryfikacji WSI – wykreślenie z raportu. Mieli też oferować tajny
aneks do raportu o WSI za pieniądze przedstawicielom spółki Agora.
Dziennikarz i pułkownik mieli powoływać się na wpływy u dwóch członków
komisji – Piotra Bączka (jednego z najbliższych współpracowników
Antoniego Macierewicza) i Leszka Pietrzaka (b. prokuratora IPN).

W światku dziennikarskim krąży plotka, że Roman Giertych, gdy
podejmował się obrony Sumlińskiego w tej sprawie zażądał od niego 70
tys. zł. Gdy Sumliński zapytał, dlaczego tak dużo, Giertych miał
odpowiedzieć, że gdyby był niewinny, broniłby go za darmo, a ponieważ
jest inaczej, musi wziąć odpowiednio wysokie honorarium. I tyle
zainkasował.

Odkąd opinią publiczną wstrząsnęła wiadomość o próbie samobójczej
Sumlińskiego 30 sierpnia 2008 roku, i jego pożegnalny list,
opublikowany przez media, wszyscy współczuli jemu i jego rodzinie, że
jest prześladowany, ponieważ naraził się służbom specjalnym jako
dziennikarz. Czy rzeczywiście zarzuty prokuratury były bezpodstawne i
czy Sumliński jest całkowicie kryształowym człowiekiem i
dziennikarzem? Sprawa Sumlińskiego jaką zna opinia publiczna ma drugie
dno. Okazuje się, że niektórzy dziennikarze znający Sumlińskiego i
jego informatorzy niechętnie wypowiadają się na jego temat, a nawet są
wstrzemięźliwi w ocenie kolegi, zwłaszcza w wystawianiu mu pozytywnej
laurki.

Podejrzane kontakty z WSI

Dziennikarze zwracają uwagę na jego nieetyczne zachowanie – “wsypanie”
informatorów, które praktycznie przekreśla wiarygodność dziennikarza.

Sumliński w 2008 r. zeznał w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, że
akta gangstera “Masy” dostał “za przyzwoleniem” prokuratora
Włodzimierza Blajerskiego. Prokuratura wszczęła w tej sprawie
śledztwo, Blajerski po obciążających go zeznaniach Sumlińskiego został
przesłuchany w związku z podejrzeniem ujawnienia tajemnicy służbowej.
Grożą mu zarzuty.

W swoim liście otwartym przed próbą samobójczą Sumliński “wsypał” też
byłego szefa delegatury ABW w Lublinie, Tomasza Budzyńskiego. Napisał,
że  Budzyński był jego informatorem, że od niego wie o kulisach
przydziału mieszkania dla obecnego wiceszefa ABW, płk Jacka Mąki i o
konflikcie Budzyńskiego z Mąką. Publicznie “wsypał” informatora.

– Sumliński poświęcił obu informatorów, byle on sam wyszedł obronną
ręką. Gdzie zasady, etyka dziennikarska i zwyczajna ludzka
przyzwoitość? – mówi nasz informator.

Znajomi Sumlińskiego zwracają uwagę na jego zażyłe kontakty z oficerami WSI.

– Był częstym gościem w karczmie “Uroczysko Zaborek” koło Białej
Podlaskiej, której współwłaścicielem jest Jan Oczkowski, były szef
Biura Spraw Wewnętrznych WSI. Sumliński urządzał tam swoje imieniny,
urodziny, między innymi obchodził tam urodziny tydzień przed akcją ABW
w maju 2008 r., podczas której przeszukano mieszkania jego, płk L.,
Bączka i Pietrzaka. Spotykał się tam z Józefem Oleksym, z płk Leszkiem
Tobiaszem. Oczkowskiego poznał dzięki płk L. Jak wytłumaczy tak bliską
zażyłość z oficerami WSI? – mówi znajomy Sumlińskiego.

Opowiada, że w domu handlowym “Klif” przy ul. Okopowej w Warszawie
Sumliński spotykał się często z Januszem Szumem, który z ramienia WSI
robił interesy paliwowe z Rosjanami. Szum m.in. zabiegał latem 2007
roku by powstała spółka paliwowa British Petroleum z Rosjanami.
Sumliński bardzo dobrze zna się też z kolegą płk L., Kazimierzem
Szulowskim, właścicielem firmy Eduka, która zajmuje się m.in.
doradzaniem Ministerstwu Oświaty.

Małgorzata Subotić napisała w “Rzeczpospolitej” (9–10 sierpnia 2008
r.) w artykule o Sumlińskim “Człowiek, który chadzał na skróty”, że po
upadku “Życia” Sumlińskiemu w znalezieniu pracy pomagał Oleksy. Oleksy
powiedział “Rzeczpospolitej”, że “nie pamięta tego, ale nie
zaprzecza”.

Zastanawiająca jest wieloletnia znajomość Sumlińskiego z płk Aleksandrem L.

– W 2005 r. płk Aleksander L. urządził 60-te urodziny. Było na nich
około 300 osób, ludzie ze służb PRL, z biznesu, politycy lewicy. Był
też płk Tobiasz i Sumliński – mówi nasz informator.

Sumliński, według naszych informatorów, od kilku lat robił różne
interesy z płk L., niektóre są obecnie przedmiotem zainteresowań
prokuratorów. Obracał się na co dzień w towarzystwie byłych oficerów
WSI, a z drugiej strony z ludźmi z prawicy. Od płk L. marszałek
Komorowski dowiedział się, że Sumliński może zdobyć aneks do raportu o
WSI. Wówczas postanowił skorzystać z okazji. Gdyby nie miał takich
informacji, nie rozmawiałby na ten temat ani z L., ani Tobiaszem.
Pozyskanie tajnego dokumentu oprócz dostępu do wiedzy,
skompromitowałoby zarazem Komisję Weryfikacyjną WSI.

– L. i Sumliński byli na stopie przyjacielskiej, odwiedzali się
nawzajem w swoich domach, razem gościli, bardzo często byli widywani w
ekskluzywnych restauracjach hoteli “Sheraton”, “Holiday Inn” i in.
Ludzie z tak różnych światów  – szpieg WSW, szkolony przez KGB i
ultraprawicowy doświadczony dziennikarz śledczy-  tak się nie
zbliżają. Połączyły ich wspólne skłonności do interesów, inaczej
znajomość ludzi z tak innych światów nie przetrwała by tyle lat i nie
byłaby tak zażyła. To byłoby niemożliwe. Teraz Sumliński twierdzi, że
tylko wyciągał od płk L. i innych oficerów WSI informacje. L. to
wyszkolony w Moskwie szpieg, nie dałby się wodzić za nos przez kilka
lat dziennikarzowi – mówi znajomy Sumlińskiego. I dodaje: – Czy nie
jest zastanawiające, że Sumliński po zatrzymaniu przez ABW aż do
chwili obecnej nie powiedział nic, de facto literalnie nic, co
obciążałoby płk L.? A przecież to on go rzekomo wplątał w aferę,
powołując się w rozmowie z marszałkiem Komorowskim na znajomości
Sumlińskiego w Komisji Weryfikacyjnej. Tak łatwo mu Sumliński
wybaczył, choć Tobiasza nazwał w “Kwadransie po ósmej” w TVP1 “bydlę”,
a i Komorowskiemu nie szczędził ostrych słów? Pozwał nawet marszałka
do prokuratury w związku z rozbieżnością jego zeznań z Tobiaszem. Płk
Aleksandra L. w ogóle nie wymienia w wypowiedziach.  Czym sobie płk L.
na ta to zasłużył? Może po prostu zbyt dużo wie? – mówi znajomy
dziennikarza.

– Podczas konfrontacji w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie płk L. i
Sumliński wzajemnie się oskarżali o kierowanie wspólnymi interesami –
mówi inny nasz informator, ze specsłużb.

Chadzał na skróty?

W swoim liście otwartym Sumliński pisze, że przyjął pieniądze od płk
L. na “zorganizowanie leczenia żony płk L. Małgorzata Subotić
napisała, że Sumliński twierdzi, że je zwrócił, ale w prokuraturze
jest jedynie pokwitowanie ich odbioru, ale zwrotu – nie ma.

– Zastanawiające dlaczego Sumliński opowiadał płk L. o swoich
kontaktach dziennikarskich – o Bączku i Pietrzaku z Komisji
Weryfikacyjnej WSI. Czy Sumliński był w porządku w stosunku do nich,
którzy jako dziennikarzowi mu ufali? Tym bardziej, że wiedział, że L.
był w WSW i WSI i był szkolony w Moskwie przez KGB. Po opublikowaniu
raportu z likwidacji WSI nie mógł mieć złudzeń, kim jest L., a raport
dobrze znał, bo to była jego “działka” zainteresowań. Mimo to nadal
utrzymywał z L. bardzo zażyłe kontakty. Dlaczego ich nie zerwał, nie
przeszkadzało mu moskiewskie wyszkolenie L.? – dziwi się nasz
informator.

Sumliński w swoim liście otwartym do mediów sugeruje, że z płk
Aleksandrem L. skontaktował go Tomasz Wołek, w okresie, gdy pracował
on w “Życiu”. W artykule “Człowiek, który chadzał na skróty”
Małgorzaty Subotic Wołek zaprzecza temu. – Nie miałem wtedy zielonego
pojęcia o istnieniu jakiegoś płk L. – twierdzi Wołek.

Jeśli Wołek mówi prawdę, że nie kontaktował Sumlińskiego z płk L., to
kto i gdzie poznał go z płk L.?

Cztery mieszkania, cztery samochody

Interesujący jest wątek majątku Sumlińskiego.

– Sumliński występuje w kilku przedsięwzięciach biznesowych, ma cztery
mieszkania na podstawione bliskie mu osoby. M.in. trzypokojowe na
nowym osiedlu przy ul. Wrzeciono na Żoliborzu i kawalerkę przy ul.
Popiełuszki, gdzie urządził sobie siłownię. Wiedzą to prokuratorzy z
Prokuratury Okręgowej w Warszawie. A do kolegów dziennikarzy Sumliński
narzeka, że nie ma za co żyć… Bogdan Rymanowski wpłacił na jego konto
10 tys. zł. – mówi nasz informator.

Jak podkreśla, Sumliński jeździ nową skodą octavią. Jeździł niedawno
także innymi luksusowymi autami, m.in. sześcioosobową hondą “full
wypas”. Auta – skody oktawie –  miały także jego żona i siostrzenica,
która, oprócz trójki małych dzieci Sumlińskiego, była na jego
utrzymaniu.

Małgorzata Subotić pisze w swoim artykule o Sumlińskim, że po
urodzeniu trzeciego dziecka jego żona przestała pracować. Na całą
rodzinę zarabiał Sumliński.

– Skąd miał pieniądze na mieszkanie przy ul .Wrzeciono, które wówczas
wykańczał, na kupno kawalerki przy ul. Popiełuszki, na wykańczanie
domu w Białej Podlaskiej, na samochody? Nawet, jeśli część z tego
majątku ma na kredyt, spłacanie kredytów to poważne obciążenie budżetu
domowego – zastanawia się znajomy dziennikarza.

– Kolegom mówi, że te auta ma dzięki znajomości z jednym dealerów
samochodowych. Chodzi o Pol-Mot Autoryzowanego dealera Skody. Wojtek
ma podobno fuchę w Pol-Motcie – mówi jego znajomy. – Ma kilka kart
kredytowych, w tym złotą. Taka kartą nie posługuje się pierwszy lepszy
dziennikarz. Jego rodzina żyje ponad stan. Za co? Sporo o finansach
Sumlińskiego wie płk L. – dodaje.

Dziennikarz – pijarowiec

16 grudnia 2008 roku “Newsweek” opublikował artykuł o Wojciechu
Sumlińskim “W dziennikarskiej skórze”. Napisał, że firma Sumlińskiego
zajmowała się obsługą PR-owską jednej z największych elektrowni w
Polsce – Kozienice. “Okazuje się, że Sumliński ma więcej trupów w
szafie – kolejny to zarabianie na działalności PR-owskiej. W marcu
firma dziennikarza zaczęła wspierać elektrownię Kozienice należącą do
prywatyzowanego właśnie koncernu Enea. – Umowa obejmowała analizy
materiałów prasowych dotyczących rynku elektroenergetycznego oraz
współdziałanie w zakresie kształtowania pozytywnego wizerunku spółki –
potwierdził “Newsweekowi” Grzegorz Mierzejewski, rzecznik elektrowni
Kozienice. (…) Sumliński w całej sprawie nie widzi problemu (choć na
wszelki wypadek usiłował nas straszyć konsekwencjami opublikowania
tekstu, który mu się nie spodoba). Twierdzi, że dokument podpisała
jego żona jako pełnomocnik jego firmy i to ona pomagała pracownikom
biura prasowego elektrowni”.

Prywatyzacja Elektrowni Kozienice odbyła się za czasów SLD. Ciekawe,
kto załatwił “dojście” żonie Sumlińskiego, Monice, do Elektrowni, że
tak duża firma powierzyła trudne zadanie młodej kobiecie, bez żadnego
doświadczenia w branży PR? Ciekawe na czym de facto polega “doradzanie
zespołowi prasowemu” Elektrowni i ile za to inkasowali Sumlińscy?

Zastanawia, że dziennikarz zajmujący się losem ks. Popiełuszki,
aferami Megagazu, paliwową itp. zarazem uprawia PR.

Dziwne interesy
To nie jedyny biznes Sumlińskiego. Do niedawna był członkiem rady
nadzorczej Przedsiębiorstwa Turystyczno-Handlowego “Trybunalskie” S.A.

Hotel “Podklasztorze”. Ciekawe, że nadzór właścicielski nad tym
przedsiębiorstwem sprawuje Ministerstwo Skarbu Państwa.

Z Rafałem Szmytke, prezesem Polskiej Organizacji Turystycznej, są
właścicielami dwóch ciężarówek TIR.

Sumliński doradza też m.in. biznesmenowi Andrzejowi Perczyńskiemu,
występującemu w aferze PZU. Plotka głosi, że Perczyński wpłaca (w
każdym razie wpłacał) na konto Sumlińskiego 5 tys. zł miesięcznie.

– Sumliński stał się ofiarą własnych intryg, a wiedząc, że w areszcie
mogą z niego wyciągnąć wiele grzechów, zagrał “samobójstwo”. Gdyby
chciał naprawdę się zabić, poszedłby nad Wisłę, jak Piotr Skórzyński,
a nie robił manifestacji w kościele, gdzie pełno ludzi. Podobno pomysł
z zagraniem samobójstwa podsunął mu jeden z jego adwokatów. Według
mnie Sumliński z premedytacją zagrał na uczuciach ludzi, także
kolegów-dziennikarzy. Dlaczego tak bał się aresztu, skoro
informacjami, jak twierdzi, nie handlował?  – mówi nasz informator.

Może Sumliński bał się też, że wyjdą inne dawne ich wspólne interesy,
o których mówi się w świecie dziennikarskim?

– Według mnie list otwarty Sumlińskiego jest wyreżyserowany, teraz tak
go widzę. Gdy się w niego wczyta, widać, że jest precyzyjnie
przemyślany, wcale nie spontaniczny – jest w nim wszystko, co z jego
punktu widzenia powinno się znaleźć, ukazane w taki sposób, by
przedstawiało go jako ofiarę, jednocześnie wiąże z jego osobą
kolegów-dziennikarzy – nie ominął żadnego szczegółu z współpracy z
tymi dziennikarzami, który przemawia na jego korzyść. Skąd ta
pedanteryjna szczegółowość i w ogarniętym rozpaczą człowieku? Ludzie,
którzy chcą sobie odebrać życie piszą krótkie pożegnanie, a nie
elaborat – mówi nasz informator ze spec służb.

– Wszyscy obrońcy Sumlińskiego po jego aresztowaniu przez ABW
kierowali się dobrą wolą, współczuciem, nie znali niektórych
szczegółów z jego życia – mówi znajomy Sumlińskiego.

Według niego Sumliński bywa ciepłym, przyjaznym “misiem”, zwłaszcza,
gdy kogoś potrzebuje, bardzo szybko skraca dystans psychologiczny i
jest niezwykle przekonywający, wręcz ujmujący. Ma jednak także drugą
twarz.

– Tym ciepłym wizerunkiem i socjotechniką zjednał sobie m.in. wielu
duchownych, a nawet bardzo ważnych polityków prawicy – mówi jego były
kolega.

Sprawa podsłuchów podtrzymała wizerunek Sumlińskiego jako
prześladowanego dziennikarza – prokuratura działała pod dużą presją
opinii społecznej, która mu współczuje. Prawda jest taka, że
podsłuchiwano Sumlińskiego, a dziennikarzy tylko z tego powodu, że
między innymi oni do niego dzwonili. Tymczasem przekazom medialnym
nadano taki kontekst – że celowo podsłuchiwano konkretnych
dziennikarzy, a Sumlińskiego “przy okazji”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *